„Pizza, Birra, Faso” to argentyński dramat z 1998 roku autorstwa Israela Adriana Caetano i Bruna Stagnaro. Film ten jest uważany za dzieło otwierające rozdział Nowego Kina Argentyńskiego. Tak został okrzyknięty w dniu premiery na międzynarodowym festiwalu „Mar del Plata Film Festival”. W rolach głównych zagrali Hector Anglada, Jorge Sesan i Pamela Jordan. Nowatorskość filmu polega między innymi na nietypowych, dynamicznych jak w wideoklipie, ujęciach kamery. Zerwanie ze statycznością obrazu, zatrudnienie nieprofesjonalnych aktorów oraz odejście od moralizatorskich meta komentarzy, zapewniło mu rangę dzieła przełomowego w argentyńskiej kinematografii.
Akcja filmu rozgrywa się w Buenos Aires. Grupa młodych przyjaciół, bez perspektyw i środków do życia, utrzymuje się z drobnych kradzieży i rozbojów. Partnerka głównego bohatera zachodzi w ciążę i chce skończyć z życiem „na krawędzi”. Oczekuje tego również od swojego partnera stawiając mu ultimatum: albo on znajdzie pracę, albo będą musieli się rozstać. On ją okłamuje, że znalazł pracę, planując w tym czasie napad na restaurację, który okazuje się fatalny w skutkach.
Miasto jest pułapką, twierdzą bez ucieczki, która narzuca pewne zachowania i wywołuje określone reakcje. Jest tworem, gdzie przerażenie miesza się z fascynacją, jest niebezpieczną podnietą, miejską grą życia i śmierci. Bohaterzy filmu balansują na krawędzi. Przekonani o braku lepszych perspektyw, próbują ujarzmić miasto na swój sposób. Kradzieże, pomimo swojego niebezpieczeństwa, są łatwym zarobkiem. Życie na marginesie społeczeństwa, po ciemnej stronie miasta, pomimo licznych nieudogodnień, niesie ze sobą pewne przywileje. Przekonanie o swego rodzaju elitarności, poczucie nieskrępowania i wolności, iluzję kontroli i panowania nad innymi. Atrybuty, które paradoksalnie przynależą do świata dużych pieniędzy i władzy. W dodatku na ich korzyść działa noc. Noc jako oręż miasta, która „jest iluzją niezależności zachęcającej do grania z nieposkromionym czasem, w którym czują się poza kontrolą” jak pisał Mario Margulis w swoim studium nt. nocnego życia w Buenos Aires – „La cultura de la noche”.
Miasto jako maska, którą przywdziewają bohaterzy filmu. Płaszczyk, pod pozorem którego w cyniczny sposób legitymizuje się swoje prawo do życia i przeżycia. Czy jednak panowie Caetano i Stagnaro mówią nam coś świeżego, odkrywczego, czego byśmy dotąd nie dowiedzieli i nie dowiedziały się z chociażby takich filmów jak „Sao Paulo” Luisa Persona czy „Buenos Aires” Davida Kohona? A może wcale nie chodzi o nowe treści tylko o formę? Porzucenie moralizatorskich komentarzy też się wydaję zabiegiem formalnym, nie merytorycznym. Moralizatorstwo nie wypowiedziane wprost, możemy znaleźć w obrazie, kadrach, zdjęciach. „Pizza, Birra, Faso” jawi się jako film tendencyjny w treści. Powielający stereotypy interpretowania społecznych zachowań i skłonności, poruszania się w obrębie obyczajowych norm oraz zależności klasowo-płciowych.
Obrazem silnie reprodukującym płciową kliszę kobiety przypisanej „tradycyjnym” rolom społecznym, jest w filmie postać dziewczyny, partnerki głównego bohatera. Zawsze na uboczu, z dala od „brudnej roboty” chłopaków. Jej rola ogranicza się do asystowania, ewentualnie utrudniania „męskich” zadań swoimi „durnymi babskimi sprawami”. W dodatku scenarzysta, aby „domknąć” ją w i tak już ciasnej roli, zafundował jej ciążę. Dalej idzie według przewidywalnego schematu: ona – postanawia kroczyć drogą prawa i obyczajowej normy w trosce o los dziecka, on – przeżywa duchową rozterkę pomiędzy losem buntownika a odpowiedzialnego ojca, w domyśle głowy rodziny (sic!). Oboje realizują boleśnie zachowawczy scenariusz w jaskrawy sposób kopiując matryce najprostszych relacji damsko-męskich, jakie możemy rozpoznać w społeczeństwach wiedzy i komunikacji. W dodatku, gdy dziewczyna dowiaduje się o swojej ciąży, opuszcza przyjaciół i przeprowadza się do matki i ojca. Daje to obraz słabej, bezbronnej kobiety, stale wymagającej czyjejś opieki, jeśli nie mężczyzny to rodziców. Jej ojciec o c z y w i ś c i e nie akceptuje zbuntowanego chłopaka. Ona się na to godzi, potwierdzając decyzyjność ojca w kwestii jej życia. O matce nie ma ani słowa. Jej zdanie jest nieważne, bo jest kobietą i jej zadaniem nie jest myślenie, czy wygłaszanie własnego zdania, ale obsługiwanie rodziny.
Autorzy filmu świetnie wpisali się w nurt kina latynoamerykańskiego, gdzie kobieta, najlepiej pochodząca z marginesu, jest zazwyczaj symboliczną reprezentacją cech narodowych, obiektem miłosnych (męskich!) westchnień lub źródłem seksualnych doznań. Caetano i Stagnaro realizują ten schemat pokrętnie, antyintuicyjnie, ale świadomie i przewidywalnie. Bohaterka, w sensie narodowym, jest krzywo-lustrzanym odbiciem argentyńskiej (miejskiej?) kobiety. Podobnie o alegorycznej roli afro-kubańskiej kobiety w wyspiarskim społeczeństwie Kuby pisała Alison Fraunhar w eseju „Mulata Cubana: The Problematics of National Allegory”. Z kolei Stephanie Dennison i Lisa Shaw w swojej książce „Latin American cinema: essays of modernity, gender and national identity” trafnie definiują kobiety kina latynoamerykańskiego jako głównie obiekty seksualnego pożądania. W ten wzór wpisuje się bohaterka „Pizza, Birra, Faso”, przekornie i arogancko, ale jednak.
Miasto i gender, dwie przeplatające się funkcje w wykresie wzajemnych uwarunkowań, historycznych i współczesnych Argentyny. Buenos Aires, czy to „robotnicze” Fernando Solanasa w „Sur”, czy to „samotne” Alejandro Agrestiego w „Buenos Aires viceversa”, czy wreszcie „zbuntowane” u Caetano i Stagnaro, łączy wątek brutalnej rzeczywistości sankcjonowanej przez argentyńskich (post)dyktatorów. „Pizza, Birra, Faso” składa miasto z tych wszystkich kawałków, pokazując w sposób dynamiczny, niczym w teledysku, „odgrzewane” Buenos Aires po Solanesie, Personie czy Agrestim, wprost cytując degeneracje zjawiska miasta z „Los olvidados” Luisa Bunuela. I o ile trafnie zacytowano męskich klasyków, zabrakło, wcale nie wymagającego wiele poświęcenia, sięgnięcia do emancypacyjnych kobiecych dzieł takich artystek latynoamerykańskich jak María Novaro’s Danzón, Solveig Hoogesteijn czy María Luisa Bemberg, u których kobieta jest manifestacją seksualnego wyzwolenia z patriarchalnej opresji. Podobnie filmy „Belle de jour” Bunuela jak i „I, The Worst of All” Bemberg pokazują kobiety silne, niezależne, które nie godzą się być jedynie biernym obiektem pożądania.
W równaniu „miasto plus gender” wynikiem nie powinna być wiadoma w dodatniej nieskończoności, ale krytyczny „iks” podważający to, co znane i dominujące. W innym przypadku, po co robić takie filmy jak „Pizza, Birra, Faso”? Po co kopiować utwardzacze nierówności i dyskryminacji? Tym to smutniejsze, że omawiany film stał się kamieniem milowym argentyńskiej kinematografii. Ale trudno spodziewać się innego wyniku, gdy ostateczny głos w latynoamerykańskim przemyśle filmowym należy do mężczyzn.
Tekst ukazał się na portalu Feminoteka.pl
„Sao Paulo” Luisa Persona czy „Buenos Aires” Davida Kohona?
Posted on Wrzesień 14, 2010
0