Szukając źródeł męskiej dominacji

Posted on Sierpień 10, 2010

0


Wpajane latami wzorce nie zawsze łatwo wyplenić. Wzorca męskiej dominacji nie szczędzono mi w domu, w szkole, w kościele i na ulicy. Byłem uczony nabywania świadomości bycia mężczyzną i umiejętności pielęgnowania męskich cnót jak honor, wytrzymałość, zaradność, odwaga. Wytrzymałości nigdy mi nie brakowało, ale rycerzem pozostałych cnót nie byłem.

W domu oczekiwano ode mnie, że zrealizuję model mężczyzny-opiekuna ogniska domowego na wzór Zeusa, bynajmniej nie Hestii. W szkole, jeśli pamiętano o jakichś bogach i herosach, to zazwyczaj byli to mężczyźni. Uprzejmi, szarmanccy mężczyźni, którzy w chwilach słabości kobiety potrafili być wobec niej okrutni jak huragan lub łagodni jak poranna bryza. A jako że słabość była niemal drugim imieniem kobiet, owi herosi na przemian byli okrutni i łagodni. Czy ta kategoryczna dychotomia ugruntowała ich przewagę nad kobietami? Ta sroga dłoń potrafiąca czule głaskać i bezwzględnie zabijać? Nie wiem.

Obserwując jako dzieciak relacje między moimi rodzicami odnosiłem wrażenie, że słowna agresja ojca, jego psychiczna przemoc konstytuowały mu pozycję w hierarchii naszej rodziny. Nie miałem śmiałości, a przede wszystkim odwagi, sprzeciwić się ojcowskiej wyroczni. Była jak pikujący ptak, którego jedynym celem jest unicestwić ofiarę. I tak jak nigdy nie wiedziałem co siedzi w głowie pikującego ptaka, tak nigdy się nie dowiedziałem co wrzało w głowie ojca, gdy ryczał na swoje nieudane potomstwo i głupawą żonę.

Autorytaryzm i dominacja ojca były niemal tak namacalne jak ciasto pod jabłecznik. Można było je kroić nożem, ale nikt się nie odważył. Z siostrą chodziliśmy jak w zegarku, aż miło było patrzeć. Kto nas nie odwiedzał, nie mógł się nadziwić jakie to grzeczne i usłużne. Nie gorzej było z żoną, naszą matką. Zasuwała jak dobrze naoliwiona maszynka. W równych odstępach czasu prała, gotowała, zmywała podłogę, odkurzała, by wreszcie przynieść ulgę samcowi po obfitych łowach. Nie sprzeciwiała się, bo niewiele miała do gadania. Taka była kolej rzeczy, takie umiłowane życie, taki zasrany los.

Nie pamiętam ile razy namawiałem matkę, już w moim dorosłym życiu, żeby go zostawiła, żeby poszła inną drogą. Jest świetną babką, błyskotliwą, atrakcyjną, czego tu jeszcze szuka? Nie chciała go zostawić. Miała poczucie, że bez niego jest nikim, że w jakiś niejasny sposób nadaje sens jej istnieniu, że dzięki niemu jest matką i małżonką. Tak, jakby jego obecność dodawała jej kobiecości. Doskonale potrafił wykorzystać to jej oddanie i przywiązanie. Biegała po domu jak po poligonie. Na gwizdek wkładała ciasto do piekarnika i na gwizdek szorowała kibel. Nigdy nie można było powiedzieć słowa krytyki na Pana domu, zawsze na paluszkach, by nie wytrącić ze snu niedźwiadka. Źle potraktowany, potrafił bezlitośnie się odgryźć. Tylko on miał patent na rację i dominację.

Niewiele pamiętam z dzieciństwa. Jednym z silniejszych wspomnień była fasada, jaką ojciec z matką skrupulatnie budowali przez lata. Ich dewiza: grunt, żeby z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. To co wrzało wewnątrz, to była nasza prywatna sprawa. Nasz ołtarzyk żądny łez i potu. Po latach praktyki, spektakl osiągnął doskonałą formę. Było jak w przewrotnym teatrze: to co na scenie, właściwy show, było odwrotnością prób.

Mając zaledwie kilkanaście lat stawałem w obronie mojej matki, siostry i swojej. Stawałem albo tak przynajmniej mi się wydawało. Dopiero po latach dotarło do mnie, że nie umiem uwolnić się z poczucia ohydnej winy, że nie potrafiłem spełnić mojego męskiego obowiązku dostawcy ochrony i poczucia bezpieczeństwa. I tłukę się w ryj, i tłumaczę sobie, że miałem zaledwie kilkanaście lat albo nawet i nie to. Ale coś mnie w środku zasysa, coś pochłania, jakby uwiesiło się na mnie i nie chciało zleźć, uparte poczucie klęski, męskiej klęski. Jak, do cholery, mając dziesięć pieprzonych lat miałem ochronić najbliższych przed tyranią ojcowskiego patriarchatu, no jak?

I łażę teraz jak sierota z tą winą dyndającą u szyi, ale wtedy miałem poczucie bohaterstwa, mimo że cholernie się bałem. Strach mnie dławił i wydzierał resztki dzieciństwa. Nic na to nie mogłem poradzić. Widziałem jak to zakrzyczane, skulone dzieciństwo wycieka ze mnie, niczym strużka mleka z rozdartego kartonika. Byłem bezradny, nie mogłem tego zatamować. Nieraz chciało mi się płakać, ale co z tego, przecież chłopaki nie płaczą, tylko leją do nieprzytomności swoją matkę, kochankę, konkubinę. A moja matka jakby stała na straży tej odrażającej tyranii. Nie zdobyła się na kiwnięcie palcem, może w obawie, że ostrze sprawiedliwego patriarchatu jej go urżnie. Nie wiem. Nie miałem jeszcze odwagi zapytać.

Tekst ukazał się na portalu Feminoteka.pl

Posted in: esej